Wspomnienia z "Wakacji '99"
najlepiej oglądać w rozdzielczości 1024x768
Katowice- Niemcy-Luxemburg-Francja-Szwajcaria -Katowice

Tak wygląda cała trasa, jaką przejechaliśmy
P L A N P O D R Ó Ż Y |
||||
| dzień pierwszy, | 17.07. sobota - wyjazd | |||
| dzień drugi, | 18.07. niedziela | |||
| dzień trzeci, | 19.07. poniedziałek | |||
| dzień czwarty, | 20.07. wtorek | |||
| dzień piąty, | 21.07. środa | |||
| dzień szósty, | 22.07. czwartek | |||
| dzień siódmy, | 23.07. piątek | |||
| dzień ósmy, | 24.07. sobota | |||
| dzień dziewiąty, | 25.07. niedziela | |||
| dzień dziesiąty, | 26.07. poniedziałek | |||
| dzień jedenasty, | 27.07. wtorek | |||
| dzień dwunasty, | 28.07. środa | |||
| dzień trzynasty, | 29.07. czwartek | |||
| dzień czternasty, | 30.07. piątek | |||
| dzień piętnasty, | 31.07. sobota - powrót | |||
dzień pierwszy, 17.07. sobota -
wyjazd
|
|
|
Z samego rana przyjeżdża po nas (mnie i Dipona) Uwe astrą, ładujemy manele i jedzeimy do niego, do Michałkowic. Gdy tylko pojawia się Rychu, przepakowujemy bagaże do VW. Startujemy o godzinie 07.03. Jedziemy standardową trasą na Niemcy (Bytom -Opole -Wrocław -Zgorzelec [Gorlitz (Via 5)]). Na pierwszym parkingu z zajazdem się zatrzymujemy na obiad. Tu nieoczekiwanie zaczepa nas gościu mówiący po polsku. Dalszą trasę pokonujemy bez większych problemów (tak rewelacyjne oznakowane drogi mogą mieć tylko Niemcy). Jedziemy przez Drezno (Via 6) -Chemnitz (Via 7) -Gera (Via 8) -Erfurt (Via 9) -Wetzlar (Via 10) -Koblenz (Via 11). Wreszcie docieramy do Trier. Zmierzcha już, więc szybko znajdujemy pole i rozbijamy dwa namioty. Zaraz po tym idziemy na zasłużone piwko. |
|
|
Odcinek, jaki
pokonaliśmy (Katowice-Trier ok. 1200km) |
|
dzień drugi,
18.07. niedziela
|
|
|
Jak tylko "doszliśmy do siebie" poszliśmy pozwiedzać Trier. Jako, że Ola byla już w tym mieście oprowadziła nas po najciekawszych miejscach wartych obejżenia. Miasteczko ma bardzo bogatą historię (warto przyjechać i zobaczyć na własne oczy). Zwiedzaliśmy pozostałości po rzymskich termach, amfiteatr, bazylikę, rynek. Nam najbardziej podobały się budowle z czasów rzymskich, takie jak Porta Nigra. Po powrocie na camping, szybkim obiadku i "szałerku" pomkneliśmy autostradą do Luksemburga, do stolicy. Co ciekawe - kierowca jechał bez dokumentów (paszportu) bo zastawić go musiał na campingu w biurze. Granicę na szczęście bez przeszkód pokonujemy w obie strony. W Luksemburgu zwiedziliśmy m.in. starówkę, a na rynku poszliśmy na standardowe pifko. Przed godziną 22 byliśmy już z powrotem na campingu. |
|
|
Odcinek,
jaki pokonaliśmy (Trier-Luksemburg-Trier ok. 120km) |
|
dzień trzeci,
19.07. poniedziałek
|
|
|
W nocy przeżywam straszne męki - usnąć nie mogę, deszcz pada i grzmi. Rano pakujemy mokre namioty i przejeżdżając przez Luksemburg (Via 2) wjeżdżamy do Francji (nie było nawet budki strażniczej tylko tabliczka informująca, że właśnie wjechałeś do Francji). Przejeżdżamy przez Metz (Via 3) i zatrzymujemy się pod Verdun (Via 4). Tu zwiedzamy umocnienia i bunkry z czasów I wojny światowej (też warto zobaczyć). Potem trasa wiedzie nas do Reims (Via 5). Oczywiście nie omieszkaliśmy zobaczyć katedry oraz wejść do McDonalda. Następnie pod Soisson (Via 6) zatrzymaliśmy się na krótki postój aby coś zjeść. Stąd już bezpośrednio prujemy do Paryża, w którym jesteśmy już dawno po zmierzchu (Via 7). Wszystkim nam, a szczególnie Rychowi podobało się nocne zwiedzanie Paryża (a już w szczególności Lasku Bulońskiego i dzielnicy La Defens). Przyjemnością samą w sobie jest jazda po rondach francuskich. Zatrzymujemy się na moment pod Łukiem Triumfalnym, aby oblać nasze przybycie do stolicy. Po długich poszukiwaniach noclegu lądujemy pod cempingiem pod Wersalem. Zanim tu jednak dotarliśmy... hehe długo opowiadać. Była to godzina trzecia w nocy. Śpimy w samochodzie. |
|
![]() |
|
|
Odcinek, jaki
pokonaliśmy (Trier-Luksemburg-Verdun-Reims-Paryż-Wersal ok. 600km) |
|
dzień czwarty,
20.07. wtorek
|
|
|
Z rana zaraz się meldujemy na campingu, rozbijamy dwa namioty, toaleta, śniadanie. Dzielimy się na dwie grupy - Ola i Uwe idą zwiedzać Wersal; ja, Dipon i Rychu (na rowerach) jedziemy do stolicy. Wyruszamy o 10.00. Jazda, jak dla mnie była bardzo atrakcyjna (jak się później okazało była to najdłuższa trasa rowerowa jaką pokonałem w życiu). Już na samym początku, przy wyjeździe, musieliśmy kupić mapę, żeby się nie pogubić. Do ciekawszych etapów trasy należał podjazd pod taką górę, że wszyscy trzej musieliśmy zejść i prowadzić rowery pieszo, a drugi moment, to zjazd z górki przed zamym Paryżem (na licznikach pojawiała się prędkość 60km/h, a do tego jeszcze wyprzedzały nas ciężarówki... zgroza!!!). Pogoda nam sprzyjała (tylko pod samą wieżą Eiffla oberwała się chmura). Jako, że sam już byłem w Paryżu wiedziałem jak się poruszać po mieście w taki sposób, by zobaczyć jak najwięcej. Właśnie wieża Eiffla była naszym pierwszym celem. Potem były Pola Marsowe i Szkoła Wojskowa, Pałac Inwalidów, katedra Notre Dame, Pompidou, muzeum Luwr, plac Concorde, opera paryska, bazylika Sacre Coeur, Moulin Rouge i Plac Pigalle, Łuk Triumfalny (którego fotografujemy już w scenerii nocnej). W końcu docieramy na Plac Trocadero i tu Dipon robi całą serię nocnych zdjęć wieży Eiffla wykożystując kilka filtrów i obiektywów. Następnie zjechaliśmy pod wieżę. Tu zrobiliśmy jedno z najfajniejszych zdjęć - wieży, oświetlonej spod spodu. Dipon z Rychem weszli z ostatnią grupą na Eiffla, a ja miałem czas żeby zebrać siły na drogę powrotną. Jak zeszli, to była prawie północ. Teraz już tylko czekała na nas podróż powrotnado Wersalu. PESTKA ;-) po całodniowym pedałowaniu. Przy wyjeżdżaniu z miasta troszkę pobłądziliśmy, ale w tarapatach pomógł nam jeden miejscowy. Powrót był okropny. W ustach miałem podeszwę. Na campingu byliśmy o godzinie trzeciej. Duszkiem wypiłem dwa piwka i zasnąłem jak niemowle. |
|
|
Odcinek, jaki
pokonaliśmy (Wersal-Paryż-Wersal +jazda po mieście ok. 90km) |
|
dzień piąty, 21.07. środa
|
|
|
Noc minęła burzowo (dosłownie). Rano wszystko mnie bolało... Klołem na wszystkie rowery świata. Po spakowaniu i złożeniu obozu podjechaliśmy pod Wersal. Ola z Arkiem poszli na zakupy, a my w trójkę na muzeum. Co tu dużo mówić - dzieło sztuki, rzesza ludzi (w tym naszych rodaków). Obeszliśmy pałac dookoła, a następnie oglądaliśmy ogrody wersalskie (jak się okazało mieliśmy szczęście je oglądać w tej formie w ostatniej chwili - na jesieni huraganowe wiatry zniszczyły ogrody doszczętnie). Po powrocie do auta, wytyczeniu trasy na dzień dzisiejszy - wyruszamy w kierunku wybrzeża Oceanu Atlantyckiego, do Bretanii. Jedziemy trasą -Dreux (Via 1) -Chartres (Via 2) -Nogent (Via 3) -Le Mans (Via 4) -Laval (Via 5) -Vitre (Via 6) -Rennes (Via 7) -Vannes (Via 8). Po drodze niestety nigdzie się nie zatrzymujemy, mimo że kilka miejsc było wyjątkowo ciekawych (siła wyższa). W końcu docieramy do półwyspu, na którym szukamy pola namiotowego. Już na pierwszym polu, gdy Ola z chłopakami poszli rozeznać się w sytuacji, ja biegnę na plażę, zobaczyć OOOOCEAN. Wielgachny tk jak nasz Bałtyk ;-) Wieło jak diabli. Jako, żę pole nie było za fajne, jechaliśmy dalej szukać. Za trzecim razem znajdujemy camping w sam raz dla nas. Miasteczko nazywa się Arzon. Z przewodnika dowiadujemy się, że przed nami był tu między innymi sam Juliusz Cezar (miał tu jakieś porachunki z barbarzyńcami). Po rozbiciu obozu, dwóch namiotów, poszliśmy na spacerek do miasteczka. |
|
|
Odcinek, jaki
pokonaliśmy (Wersal-Arzon ok. 500km) |
|
dzień szósty,
22.07. czwartek
|
|
|
Z samego rana decydujemy się na "powtórkę z rozrywki" - czyli wypad rowerowy w trzech po okolicy. Ukształtowanie terenu było, delikatnie mówiąc, wyjątkowo męczące. Podjazd i zjazd... Podjazd i zjazd... Zachaczyliśmy o miasto Sarzeau, a potem dotarliśmy do zamku Suscinio. Obeszliśmy go dookoła. Jako że pogodę mieliśmy upalną, dla ochłody wskoczyliśmy do oceanu. Później dopiero się okazało jak nas słońce spaliło na RAKA. W drodze powrotnej sfotografowaliśmy jakiś prywatny pałacyk. W sumie przejechaliśmy dość duży kawałek, bo prawie 60km. Po obiedzie, całą piątką, zwiedzaliśmy Arzon i Port Navalo. Wieczorem wybraliśmy się zobaczyć zachód słońca nad oceanem w Kerners. |
|
|
Odcinek, jaki
pokonaliśmy (ok. 60km) |
|
dzień siódmy,
23.07. piątek
|
|
| Cały dzień laby. Wypoczywamy, po wczorajszym, na campingu chroniąc się od słońca jak to tylko możliwe. Po południu, w tempie spacerowym, obchodzimy cały półwysep od Port Navalo po Kerners. Wieczorem, przy zachodzącym słońcu, nad brzegiem Oceanu Atlantyckiego opróżnialiśmy kolejny bukłaczek. | |
|
|
|
dzień ósmy,
24.07. sobota
|
|
| Cały dzień laby. Jedziemy do Vannes pochodzić po sklepach, no i pozwiedzać miasto. A potem nad ocean, do Quiberon, dopalić się. W okolicy miasta, nad samym oceanem, oglądamy prywatny pałacyk. Inną atrakcją na półwyspie jest twierdza - Fort Penthievre. Tu, w najwęższym miejscu na półwyspie parkujemy i idziemy na plażę. Tu jak się okazało zgubiłem okulary... psia kostka. W drodze powrotnej niestety nie zachaczyliśmy o największą atrakcję historyczną w regionie, w Carnac. Wieczorem, przy kartach i winie, planujemy następne dni. Wieczorem zaś, z bukłaczkiem wybraliśmy się zobaczyć zachód słońca nad oceanem w Kerners. |
|
|
Odcinek, jaki
pokonaliśmy (Arzon-Vannes-Quiberon-Vannes-Arzon ok. 250km) |
|
dzień dziewiąty,
25.07. niedziela
|
|
|
Po wymeldowaniu się z campingu, jedziemy
zobaczyć Mont Saint Michel (Via 5) (jeden z głównych celów naszej wycieczki). Pogoda
nam nadal sprzyja - jest upalnie. Do celu naszej podróży
docieramy bez większych historii. Na parkingu pod klasztorem znajduje się ciekawe
ostrzeżenie, o zatapianiu parkingu w takich to a takich godzinach. Związane jest to z
cyklem przypływów i odpływów oceanu. Najpierw obeszliśmy wzgórze
dookoła, a potem weszliśmy w mury klasztorne. Ciasne uliczki i mnustwo sklepików z
pamiątkami robi swoje wrażenie. Ze wzgórza roztacza się wspaniały widok na okolicę.
Klasztor jest trzecią, co do liczby odwiedzin turystycznych, atrakcją
Francji. Uwieczniony jest na monecie 20F. |
|
|
Odcinek, jaki
pokonaliśmy (Arzon-Segre ok. 550km) |
|
dzień dziesiąty, 26.07. poniedziałek
|
|
|
Noc minęła wyjątkowo spokojnie zważywszy, że spaliśmy pod gołym niebem. Z rana szybka toaleta, śnadanie, spakowanie maneli i w drogę. W planie zwiedzanie Doliny Loary i jej pięknych zamków. Jako że, chcieliśmy ich zobaczyć jak najwięcej, to z przewodnika o zamkach wybraliśmy te najbardziej atrakcyjne i tak ustaliliśmy trasprze jazdu. Pierwszym był zamek Angers (Via 1). Potem zatrzymaliśmy się w Saumur (Via 2). W dalszej drodze zatrzymywaliśmy się także przy nie mniej sławnych winiarniach francuskich. Ostatnim zwiedzanym zamkiem w tym dniu był Chinon (Via 3). Jego wielką atrakcją są prezentowane machiny oblężnicze. Z Chinon, jadąc w kierunku na Azay-le-Rideau, szukaliśmy campingu. Ale dopiero w samym mieście znaleźliśmy odpowiedni nocleg. To miasteczko znajdowało się na naszej liście ze względu na przepiękny pałac usytułowany na środku jeziora. Po rozbiciu dwóch namiotów poszliśmy na wieczorny spacer do miasta. Jakież było nasze rozczarowanie gdy się okazało, że wstęp na teren parku, na którego terenie znajduje się pałac, kosztuje kroooocie. Zawiedzeni obeszliśmy miasteczko. Wróciwszy do namiotów oddaliśmy się degustacji kolejnego bukłaczka. |
|
|
Odcinek, jaki
pokonaliśmy (Segre-Azay le Rideau ok. 200km) |
|
dzień jedenasty,
27.07. wtorek
|
|
|
Po szybkim wymeldowaniu się
kontynuowaliśmy zwiedzanie zamków. Jadąc z Azay-le-Rideau,z okna samochodu
oglądaliśmy wzgórze zamkowe w Tours, zatrzymaliśmy się dopiero w Chenonceaux, jednym z najpiękniejszych zabytków
architektury francuskiej, którego właścicielką była królowa Katarzyna Medycejska.
Zamek znajduje się na terenie zamkniętego parku, wstęp jest niestety płatny (ale cena
biletu przystępna). Zwiedziliśmy go dokładnie (tu też zaczeła się przygoda z pewną
turystką, którą mieliśmy szczęście widzieć też i w następnych miejscach, w jakich
się zatrzymywliśmy). |
|
|
Odcinek, jaki
pokonaliśmy (Azay le Rideau-Bourges ok. 250km) |
|
dzień dwunasty,
28.07. środa
|
|
Po zwinięciu obozu, w strugach deszczu (namiot był całkowicie mokry), wyruszyliśmy w trasę. Jechaliśmy przez Nevers (Via 1), Autun (Via 2). W Chalon, w sklepie przy stacji benzynowej, wydajemy ostatnie klepoki francuskie jakie nam dzwoniły w kieszeniach. Przejeżdżamy przez Lons, Morez. Docieramy do przejścia w La Cure. Dla osoby pierwszy raz przekraczającej granicę ze Szwajcarią jest to przeżycie. Na granicy niestety dało się wyczuć, że Polacy jeszcze nie należą do Unii Europejskiej. Inne samochody przepuszczano bez jakichkolwiek sprawdzań, a nas poproszono o zjechanie na bok, wzięto paszporty (trzymano je prawie przez pół godziny). Jeden z celników pytał, po co, na co, dlaczego, gdzie, w jakim celu , czemu tędy itd, itd. Nawet zagadnęli o rowery, czy przypadkiem nie jedziemy z Tour de France. Ale w końcu dali nam przejechać. Z granicy, serpentynkami w deszczu zjeżdżaliśmy w kierunku na Genewę. Mieliśmy szczęście , bo przestało padać. Miasto pięknie wygląda. Przed samym wjazdem do miasta widzieliśmy ambasadę - chyba Izraela - obwarowana jak Fort Knox. W samej Genewie zrobiliśmy sobie mały spacerek po rynku, byliśmy nad Jeziorem Genewskim. Z Genewy wyjechaliśmy jak już ściemniło. Do Lozanny dotarliśmy już nocą - misto i jezioro oświetlone były bosko. Miejsce na nocleg znależliśmy pod jednym z campingów koło Murten. Camping niestety był już zamknięty, więc spaliśmy poza nim - ja, Diponi i Rychu w samochodzie, Ola z Uwem na karimacie pod gołym niebem. |
|
|
Odcinek, jaki
pokonaliśmy (Bourges-Murten ok. 600km) |
|
dzień
trzynasty, 29.07. czwartek
|
|
| Rano chcieliśmy na campingu się zameldować, ale okazał się cały zajęty. Nie ujechaliśmy jednak daleko i znależliśmy odpowiednie miejsce w samym Murten. Zaraz po śniadanku, w standardowej już obsadzie kolarskiej jedziemy na rowerach do Marin, koło Noszatel (druga strona jeziora nad którym jesteśmy), na zakupy. Dipon z Rychem zamierzają kupić sobie rolki. Cel swój realizują - kupują rossiniolki. Po wyjściu z supermarketu wynika jeden, ale ważny problem. jak przewieść zakup na camping? Rolki do plecaków się nie mieszczą, a rowery nie posiadają bagażników. Chłopaki sznurówkami przymocowują je do ram rowerowych. I tak bez problemów wróciliśmy do obozowiska. Zaraz po przyjeździe poszliśmy nad jezioro wypocząć (popływać, poopalać i pograćw skrabla). |
|
|
|
|
Odcinek, jaki
pokonaliśmy (Murten-Marin-Murten ok. 60km) |
|
dzień czternasty,
30.07. piątek
|
|
| Rano zrobiliśmy sobie spacerek po miasteczku (Dipon i Rychu testowali nowe rolki). Po obiadku poszliśmy nad jezioro popływać i poopalać się. Przed godziną osiemnastą samochodem wybraliśmy się całą grupą do stolicy Szwajcarii - Berna. Hmmm... miasto jak miasto. Ładne. Ale takiej ilości naćpanych ludzi jeszcze nie widziałem. Wróciliśmy dość szybko. Kierowca musiał odpocząć przed jutrzejszą podróżą. |
|
|
Odcinek, jaki
pokonaliśmy (Murten-Berno-Murten ok. 100km) |
|
dzień piętnasty,
31.07. sobota - powrót
|
|
|
Wstajemy bardzo wcześnie, pakujemy graty
i zwijamy obóz. Już po wymeldowniu, gdy na zegarku była godzina dziewiąta (informuję
telefonicznie o naszym wyjeździe dom)- ruszamy w trasę powrotną do domu. Z Murten
(Morat) jedziemy przez Berno (Via 1), Zurich (Via 2), przekraczamy granicę z Niemcami w
Schaffhausen (Via 3). Niedaleko zatrzymujemy się na parkingu coś zjeść. Mamy tu scesje
z jakimś niemieckim dupkiem. Gościowi nie podobał się sposób w jaki zparkowaliśmy
VW. Dalej jechaliśmy już bez przygód (nie licząc licznych robót drogowych na
autostradach) przez Stuttgart (Via 4), Nurnberg (Via 5), Hot (Via 6), Zwikau (Via 7),
Chemnitz (Via 8), Drezno (Via 9), Gorlitz (Via 10), Dopiero granica z Polską w
Zgorzelcu dała nam w kość (czyli niestety normalka). Kolejka była straszna. Po
przekroczeniu granicy zjechaliśmy na kolację do McDonalda (pora ku temu była w sam raz,
bo już zmierzchało). Dalej jechaliśmy autostradą Wrocław-Opole (ten, kto to dalej
nazywa ten odcinek autostradą ma niezłe poczucie humoru). O godzinie drugiej, zmęczeni
i szczęśliwi, wreszcie docieramy do domu. |
|
|
Odcinek, jaki
pokonaliśmy (Murten-Katowice ok. 1600km) |
Pozostałe zdjęcia...
| Administrator: Jacek CIEPLOK | Webmaster: Jarek DYMET | Copyright OakNet 1999-2002 Cieply & Dipon - PSB Fuglarze |